
Zbudowałem Luxcompass jako praktykę, której sam sobie życzyłem, gdy najbardziej jej potrzebowałem.
Przez piętnaście lat pracowałem na ostrej krawędzi transformacji cyfrowej: migracje ERP, systemy fabryczne, rodzaj projektów o wysokiej stawce, gdzie presja jest stała, a tempo nigdy naprawdę nie zwalnia. Byłem w tym dobry i mnie to kosztowało. Wypalenie nadeszło tak, jak zwykle nadchodzi: powoli, a potem naraz. Mniej więcej wtedy skończyła się pewna rola i skończył się długi związek, i znalazłem się bez struktur, których się trzymałem.
To, co ułożyło rzeczy w innym porządku, nie było kolejnym frameworkiem. Było nim morze. Żeglowanie uspokaja moje ciało i wycisza umysł, i budzi we mnie coś starszego: tę część, która jest gotowa wyruszyć, nie wiedząc dokładnie, gdzie leży brzeg. Między rejsami robiłem też nieefektowną pracę wewnętrzną: dwa odosobnienia Vipassana, miesiące radykalnej szczerości, ustawienia rodzinne, podróż bohatera, uważne współczucie dla siebie. Nie jako kolekcję certyfikatów, lecz dlatego, że ich potrzebowałem.
Z tego wyrosło to. Wyszkoliłem się porządnie: Breathwork, coaching hipnozą, praca ze zmianą, mediacja. Ale szkolenie nie jest sednem. Sednem jest to, że byłem we mgle i znam różnicę między kimś, kto o tym czytał, a kimś, kto w tym stał. Jeśli teraz jesteś we mgle, to jest grunt, z którego pracuję.
Małe z założenia, wolno z rozmysłem. Jedna osoba od twojej pierwszej wiadomości do ostatniej. Ramy są jasne, sesja, program, tydzień na morzu, ale to, co dzieje się w ich wnętrzu, układa się wokół tego, czego naprawdę potrzebujesz, a nie sztywnego scenariusza.
Każde zapytanie dostaje osobistą odpowiedź. Zawsze rozmawiasz z prawdziwym mną.
Wyślij zapytanie